[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Nic nie rozumiesz, do cholery?
 A co mam rozumieć? Przecież nie powiesisz się z powodu kilku bzdur.
Fletcher cisnął butelką w ścianę.
 Idz się prześpij. Tak będzie lepiej  Tłuścioch kopnął jakiś odłamek szkła.
Dobiegające zza okien wrzaski, nierówne śpiewy, urywane chichoty, całe to spiętrzenie
dzwięków i błyskające w jakimś nieprawdopodobnym rytmie światła sprawiały, że atmosfera
stawała się coraz mniej realna.
Fletcher na chwiejnych nogach powlókł się do pokoju. Upadł na łóżko nie mogąc
uporządkować myśli. Jakieś echa ostatnich wydarzeń kołatały mu po głowie, nie pozwalając
zaakceptować ani tego za oknami, ani tego, co czuł w sobie. Zerwał się nagle i zaczął wrzucać
do jakiejś walizki rzeczy, które podeszły mu pod rękę& Dopiął ją z trudem, a kiedy mimo to
puszczała, zdjął kurtkę i okręcił ją rękawami. Potem, obijając się o ściany, wyszedł na
zewnątrz. Z trudem przebrnął przez drgające w obłędnym tańcu, rozpalone ciała. Czuł, że w
tym, co chce zrobić, tkwi pierwiastek szaleństwa. Obłęd zawsze przerażał go i odpychał,
zawsze budził lęk, i dlatego chciał być normalny. Jednocześnie jednak szaleństwo fascynowało
go i pociągało od dawna. Wśród rozgrywających się wokół opętanych scen gubił się i błądził być
może dlatego, że chciał być taki, jak otaczający go ludzie. Być może też wszystko wokół trąciło
szaleństwem, a on sam w nikim już nie potrafił odnalezć swojej starej normalności. Nie chciał
niczego przewartościowywać, ale nie chciał też być reliktem czegoś, co odpycha tylko dlatego,
że jest sztuczne. Myśli plątały mu się coraz bardziej.
 Gdzie idziesz?
Odwrócił głowę.
 Jestem tutaj.
Richards siedział pod pozbawionym liści drzewem.
 Idę do mnichów.
 Co ci tym razem odbiło?
 Już postanowiłem.
Tłuścioch wstał ciężko i krzyknął w kierunku stojącej kilkanaście kroków dalej sylwetki.
 Szefie, niech pan posłucha, co on znowu wymyślił.
Landau podszedł bliżej.
 O co chodzi?
 Może oni mają rację?  głos Fletchera załamał się nagle.  Może człowiek rzeczywiście
jest tylko jednym z ogniw ewolucji i nie powinien nic robić?
 Daj spokój  Tłuścioch również chwiał się na nogach.  Przecież to tylko wymyślona idea.
 Każda jest wymyślona.
 Ale tę stworzyli, żeby trzymać mnichów w posłuchu.
 No to co?
 To bzdury wyssane z palca.
 Czy bzdury nie mogą być dobre?
 Ale to tylko wymyślone, tak dla picu  powtarzał uporczywie Tłuścioch.
Landau odsunął go ruchem ręki.
 Dlaczego to robisz?  spytał sucho.
 Nie umiem tego powiedzieć. Może chcę w ten sposób zakończyć moją prywatną wojnę, a
może od niej uciec.
 Jaką wojnę? O czym ty mówisz?
 O ciągłych starciach z ludzmi, światem i samym sobą!
Fletcher ruszył dalej.
 Przestań się wygłupiać!
Przyspieszył kroku.
 No czego, do cholery, chcesz?!  głos z tyłu był coraz słabszy.
Fletcher minął zarośla wegetujące na wydmach. Chłodny wiatr odciął go od odgłosów
zabawy. Ociężały wkroczył w na pół zrujnowane, fantastyczne zabudowania osady mnichów.
Wszystko wokół falowało lekko w ciemnościach, mrok gęstniał i wydymał się, współgrając ze
zwijającym się w ósemki, drewnianym chodnikiem. Uformowane przez epigonów Gaudiego
kamieniczki unosiły się w górę. Kominy, poszczególne dachy, ściany i fundamenty szybowały
gdzieś w dal, szukając drogi między gwiazdami. Wysokie wieże gięły się i pulsowały
spazmatycznym ruchem. Gorący oddech piwnicznych okien sprawiał, że wszystko traciło
twardość, wszystkie kanty miękły, a krawędzie traciły ostrość. Fletcher czuł, że to spada, to
unosi się w powodzi puszystych i zmiennych kształtów. Zgubił gdzieś walizkę. Bez kurtki było
mu coraz chłodniej.
Nagle stanął przed żelaznym, kanciastym przedmiotem. Błędnym wzrokiem powiódł po
ubłoconych kołach z grubej gumy, stalowych zderzakach, błyszczącej masce i całej masie
jakichś kanistrów, reflektorów, poplątanych przewodów, dzwigni i uchwytów.
Landau zeskoczył z blokującego drogę jeepa.
 No dobrze, zrobiłeś scenę, odegrałeś się na mnie i na wszystkich, a teraz siadaj.
Jak zwykle przy chłodzie, był opatulony w grubą kurtkę, dwa szaliki i prawie zasłaniającą
oczy, przepastną czapkę.
 Przecież mówię, w porządku. Pokazałeś, że masz wszystkich w dupie, udowodniłeś, że
możesz wszystko, ale na dzisiaj wystarczy. Siadaj.
Fletcher zajął miejsce obok kierowcy. Landau ruszył powoli. Dłuższy czas przeżuwał
jeszcze swoją wściekłość, ale potem powiedział spokojnie:
 Mam dla ciebie zadanie. Zejdziesz z Richardsem pod ziemię i dowiesz się paru rzeczy.
Struktura władzy, organizacja i tak dalej.
Jakaś chichocząca para przemknęła tuż przed maską.
 Redfield nie może nas ubiec& Zresztą w tych warunkach to robota tylko na tydzień.
Fletcher rozparł się na siedzeniu. Oprzytomniał już zupełnie, ale jednocześnie zrobiło mu
się dziwnie lekko. Czuł, że ma ochotę przyłączyć się do ludzi tańczących nago wokół
najbliższego ogniska. Tym bardziej że była tam kobieta z czarnymi kręconymi włosami. Sama.
Landau musiał się czegoś domyślić, bo zatrzymał samochód.
 Wysiadasz?
 Tak.
 Dobra. Tylko wyjmij tę cholerną rękę zza kołnierza, bo mimo wszystko szlag mnie trafi.
This file was created with BookDesigner program
bookdesigner@the-ebook.org
2010-10-28
LRS to LRF parser v.0.9; Mikhail Sharonov, 2006; msh-tools.com/ebook/
Spis treści
1987 [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • domowewypieki.keep.pl